niedziela, 23 października 2016

Te Araroa: Warszawa - Tokio - Auckland - Cape Reinga

 Mój samolot z Warszawy do Tokio startował o 15:20 tak więc wypadało być przynajmniej 3 godziny wcześniej na miejscu. Na całe szczęście lotnisko Chopina na Okęciu jest dobrze skomunikowane także po przyjeździe do Warszawy Zachodniej szybko przesiadłem się w następny pociąg właśnie na lotnisko;-) I tak krótko przed południem 19 października znalazłem się na miejscu. Szybko nadałem bagaż główny, wydrukowano mi bilet oraz przeszedłem kontrolę bagażu podręcznego i wreszcie mogłem trochę odsapnąć, ufff. Skonfiskowano mi jedynie butelkę z herbatą, ale już na strefie wolnocłowej napoiłem się ile trzeba:-) Co ciekawe bagażu głównego nie musiałem już podejmować w Tokio podobnie jak nie potrzebowałem kolejnego biletu do Auckland. Wszystko miałem już załatwione w Warszawie także pozostało mi tylko czekanie na samolot:-) Sprawdzono nawet czy mam wizę do Nowej Zelandii!

Lot do Tokio miał trwać prawie 11 godzin także byłem mocno zestresowany, bo nigdy tyle czasu nie spędziłem w samolocie. Operacja LOT rozpoczęła się i sam byłem ciekawy czy będzie tak samo jak w programie na Discovery Channel. Lot Dreamlinerem był bardzo komfortowy, ale niestety nie dostałem miejsca przy oknie tylko na samym środku:-( Trochę szkoda bo widoki nad Rosją były ponoć przednie. Próbowałem zasnąć, ale jakoś się nie dało także oglądałem filmy, których było dość sporo w menu;-) Jedzenie nawet smakowało, a lecący obok mnie Japończycy co rusz degustowali nasze piwa:-)  Po przylocie do Japonii miałem prawie 8 godzin przerwy do kolejnego lotu do Auckland. Zdrzemnąłem się trochę i przekąsiłem małe co nie co, które już co nie co więcej kosztowało:-(


Wreszcie o 18:30 20 października wystartowałem z Tokio do punktu docelowego czyli Auckland:-) Co ciekawe również Dreamlinerem ale tym razem linii Air New Zealand. Kolejne 11 godzin lotu było okazją by porównać oba te samoloty i wyposażenie przedziału ekonomicznego linii nowozelandzkiej było jednak o niebo lepsze:-) Przede wszystkim zadbano o jak najlepszą reklamę samej Nowej Zelandii w multimediach u pasażerów no i wybór filmów był chyba 3 razy większy. Mimo, że leciałem w nocy to znowu niewiele się wyspałem:-( Niedługo przed lądowaniem każdy dostał kartę do wypełnienia, gdzie trzeba było odpowiedzieć na szereg pytań. Wybierającym się w tym samym kierunku mogę tylko poradzić, żeby wypełnili ją zgodnie z prawdą, bo na lotnisku w Auckland z pewnością to sprawdzą. A kara za próbę wwiezienia czegoś niezadeklarowanego wynosi nawet 400$ NZ!!!

Poranek 21 października nad Nową Zelandią był nadzwyczaj słoneczny, a po wylądowaniu na lotnisku Mangere czekał na mnie odbiór bagażu i słynne pieski, które wywąchają nawet najmniejszy kawałek jedzenia w plecaku:-) Z uwagi na bardzo rygorystyczne przepisy i ochronę miejscowej przyrody na teren Nowej Zelandii kategorycznie nie wolno wwozić żadnych roślin, nasion i jedzenia! Wielu o tym zapomina i zabiera ze sobą nawet jedzenie z samolotowego menu, co kończy się kontrolą osobistą i niepotrzebną stratą czasu. Byłem już przygotowany na kontrolę mojego namiotu Naturehike cloud up 2, bo tego raczej uniknąć się nie da, ale pracownikowi lotniska nie spodobały się też moje buty Boreal Zanskar. Musiałem je zdjąć i czekać jakieś 15 minut na odbiór. Co ciekawe nie sprawdzono mojej wizy, którą miałem mieć wydrukowaną ze sobą czyli wnioskuję, że byłem już w systemie i zwykły stempel w paszporcie wystarczył:-) Od tego momentu czyli 21 października 2016 roku miałem sześć miesięcy na przejście całego kraju:-)


 Ze sprawdzonym i zaakceptowanym namiotem oraz świeżo wymytymi butami wyszedłem przed lotnisko i zastanawiałem się jak zagospodarować sobie najbliższe kilka godzin. Miałem już zarezerwowany nocleg w centrum Auckland, ale było dopiero przed południe. Oczy mi się zamykały, bo niewiele wyspałem się podczas obu lotów także szybko wsiadłem w autobus do centrum miasta.


 Na miejscu znalazłem się wczesnym popołudniem i ruszyłem w kierunku pobliskiego Albert Park, gdzie na jednej z ławek szybko zasnąłem. Myślę, że nawet gdybym się porządnie wyspał podczas obu lotów to niewiele by to dało. Jet lag mnie dopadł i tyle:-) Dobrze, że przynajmniej pogoda dopisała i nie było deszczu. Nad miastem dominuje charakterystyczna wieża Sky Tower. Samo centrum to już nowoczesne biurowce, ale niedaleko można zobaczyć ładnie budynki z przełomu XIX i XX wieku. W samym parku było mnóstwo ludzi, a zwłaszcza młodych osób studiujących na miejscowych uczelniach. Opanowali prawie wszystkie wolne ławki, ale na szczęście mojej nie ruszali:-) Aż trudno w to uwierzyć, ale w samym Auckland mieszka 1/3 całej populacji Nowej Zelandii - ponad 1,5 mln ludzi!


Drzemka trwała z przerwami chyba 3 godziny i w końcu postanowiłem się ruszyć i zrobić drobne zakupy, po które dreptałem chyba ze 2 kilometry:-( Przy okazji namierzyłem moją "metę" na mieście i mimo niezwykle wąskich chodników i mega dużego ruchu samochodów, nie zgubiłem się:-)


W końcu udałem się do hostelu, gdzie równie szybko zasnąłem. Od międzynarodowego towarzystwa, które było razem ze mną w pokoju, dowiedziałem się, że dopiero od dwóch dni pogoda jest tak ładna:-) A szczególnie paskudny był ponoć wrzesień kiedy to podobno przez tydzień nie było widać słońca w Auckland! Czyli chyba na lepszą pogodę nie mogłem trafić:-) Nieco po 7 rano następnego dnia miałem autokar InterCity do miasta Kaitaia skąd zamierzałem autostopem dostać się na start Te Araroa czyli Cape Reinga:-)  


Na miejscu byłem przed 16 i zrobiłem zakupy na tydzień w położonym najdalej na północy kraju markecie Pak'nSave! Było warto, bo kolejny market znajdował się dopiero w Kerikeri, gdzie miałem być za 10-11 dni:-) Mocno obładowany ruszyłem w jedynym słusznym kierunku, czyli na północ;-) Od razu dostrzegłem niekończące się pastwiska, które miały dominować w krajobrazie przez najbliższe kilka miesięcy.


Myślałem, że szybko złapię stopa, a tu nic:-( Wszyscy jakby gdzieś się spieszyli, a na moje machania ręką zero reakcji. Dopiero za Awanui starsze małżeństwo podwiozło mnie kilka kilometrów do Pukenui. Od nich też dowiedziałem się, że dziś wieczorem jest arcyważny mecz rugby Nowa Zelandia (All Blacks) - Australia. Jako, że rugby jest w tym kraju traktowane jak świętość, a reprezentacja to w zasadzie najlepsza liga światowa, szybko połapałem dokąd też tak wszyscy się spieszyli i dlaczego ruch po godzinie 18 praktycznie zamarł.



Za Pukenui złapałem jeszcze jednego stopa. Tym razem młoda Maoryska podwiozła mnie do Ngataki, gdzie już postanowiłem się rozejrzeć za noclegiem. Wszędzie było mnóstwo pastwisk i jeszcze więcej ogrodzeń, a rozbijać namiot przy drodze to raczej był zły pomysł. Postanowiłem popytać u miejscowych o jakiś niewielki plac pod namiot i wylądowałem w domu Maorysów:-) Dostałem kolację, a potem przez ponad 2 godziny oglądaliśmy ten arcyważny mecz rugby:-) Całe szczęście piwo, którego gospodarz miał chyba trzy kartony było na tyle słabe, że nie zasnąłem po spożyciu kilku;-) Ostatecznie mecz wygrała Nowa Zelandia, ale takiej ilości słów na f... jakie padły podczas jego trwania już nigdy potem nie słyszałem. Nasza piłka nożna jest z kolei tu traktowana jako sport mało kontaktowy... Ciekawe dlaczego?


Nazajutrz pogoda dalej dopisywała, a ja za namową gospodarza postanowiłem ruszyć w poszukiwaniu stopa już o 7 rano! Mimo, że była niedziela to farmerzy oraz miejscowi już wcześniej pojawili się na drogach. Wkrótce jechałem z miejscowym wędkarzem, który był przygotowany na każdą ewentualność. Gdyby ryby nie brały miał w razie czego strzelbę myśliwską i jak zadeklarował: " z niczym wracać nie zamierzam":-)  


Byłem już za Te Kao i tym razem znowu dopisało mi szczęście:-) Kolejny z miejscowych jechał zawieźć coś na swoją łódź, gdzieś na wschodnim wybrzeżu, ale obiecał specjalnie po mnie wrócić i podrzucić na Cape Reinga:-) Wysiadłem przy ostatniej stacji benzynowej i czekałem chyba pół godziny, a potem tuż przed 10 byłem już na starcie szlaku - SUPER!!!


Wreszcie początek szlaku i przygody z Nową Zelandią:-) Wszystko poszło zgodnie z planem i mam uczucie, że jestem we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Lepszej pogody w tym dniu chyba nie mogłem sobie wymarzyć, a ciekawość tego co mnie czeka nie daje mi spokoju;-) Tym bardziej ochoczo ruszam w kierunku latarni morskiej, gdzie wszystko będzie miało swój początek:-)

wtorek, 18 października 2016

Te Araroa 2016-2017
 Przygotowania

Zgodnie z tym co postanowiłem sobie już na jesieni 2015 roku, czekało na mnie zmierzenie się z najdłuższym szlakiem pieszym Nowej Zelandii. Po za tym dla mnie wizyta w tym kraju była marzeniem od wielu lat i po niezrealizowanym wyjeździe w 2007 roku tym razem postawiłem wszystko na jedną kartę! Przygotowania zajęły mi ostatnie 6 miesięcy co uważam za wystarczający czas;-) W międzyczasie zwolniłem się z pracy i wreszcie mogłem skupić na najbardziej istotnych rzeczach jak dobór sprzętu czy przygotowanie kondycyjne. Blog, który istnieje od czerwca 2016 roku zawiera właśnie opisy tras, które w ramach tegoż przygotowania kondycyjnego przeszedłem w kraju przy okazji "testując" stale uzupełniany sprzęt. Postanowiłem nie zagłębiać się w niuanse dotyczące wyposażenia plecaka, bo rozliczanie wszystkiego do dziesiątej części grama nie leży w mojej naturze;-) Czasami lepiej nie wiedzieć o czymś zbędnym niż potem żałować czegoś czego się nie zabrało w imię "odchudzania plecaka na maksa"! Dla mnie optimum to było 9-10kg i w takiej wadze się zmieściłem - oczywiście bez jedzenia i picia;-) W kolejnych postach postaram się obszerniej przedstawić to co zabrałem ze sobą, co w połączeniu z "użyciem w boju" myślę, że wypadnie lepiej niż surowa statystyka, która bardziej pasuje do "skrupulatnych" wyznawców UL niż przeciętnego turysty;-)

Przygotowania zacząłem od wyrobienia sobie nowego paszportu, który jest niezbędny chcąc wyjechać na drugi koniec świata. Będąc mieszkańcem kraju członkowskiego Unii Europejskiej można o tym zapomnieć korzystając z "wygód" strefy Schengen i dowodu osobistego;-) Także paszport to podstawa! 

 Jeśli chodzi o logistykę to zacząłem od zakupu biletu na samolot i to od razu z opcją powrotu. Wielu turystów kupuje jedynie bilet w jedną stronę, ale ja postanowiłem zaryzykować i kupić również ten powrotny z konkretną datą. Można w ten sposób sporo zaoszczędzić i jest się bardziej wiarygodnym dla służb imigracyjnych kiedy pytają o cel podróży i czas pobytu. W 2016 roku Polskie Linie Lotnicze LOT uruchomiły bezpośrednie połączenie z Warszawy do Tokio co w połączeniu z następnym lotem z Tokio do Auckland samolotem linii Air New Zealand skróciło znacznie czas podróży. Jedna przesiadka zamiast - jak do tej pory - co najmniej dwóch, to duży plus;-)
 
Następną rzeczą była wiza turystyczna na 6 miesięcy, którą niestety trzeba mieć odwiedzając Nową Zelandię na dłużej niż 3 miesiące. Wizę z automatu otrzymuję się jedynie na 90 dni, ale cały szlak liczący 2998km jest raczej nie do przejścia w tak krótkim czasie dla przeciętnego turysty;-( Stąd też trzeba wypełnić specjalny wniosek i stosować się do wszystkich zawartych w nim wytycznych. Na szczęście od 2016 roku nie trzeba już było wysyłać wniosku do ambasady Nowej Zelandii w Londynie tylko przez stronę internetową -   https://www.immigration.govt.nz - załatwiało się wszystkie formalności - a skan biletu był jedną z nich - i cierpliwie czekało na odpowiedź. W moim przypadku trwało to całe 5 dni:-) Wiza kosztowała 145 $ NZ, a szybki czas jej realizacji to kolejna zmiana na duży plus.

Kolejną rzeczą były finanse. W moim przypadku musiałem tylko otworzyć konto w innym banku i wyrobić sobie kartę kredytową - tak na wszelki wypadek;-) O wszelkich operacjach kartą byłem informowany przez sms-y, co pozwoliło mi w pełni kontrolować wydatki.

Także na koniec zostało mi tylko kupno dobrego ubezpieczenia na cały pobyt w Nowej Zelandii i wreszcie ze spokojem mogłem oddać się przyjemności wędrowania:-)

Szlak Te Araroa ( The Long Pathway ) jest najdłuższym szlakiem pieszym Nowej Zelandii, a jednocześnie jednym z najmłodszych długodystansowych na świecie. Powstał pod koniec 2011 roku czyli tak na dobrą sprawę w pełni zaczął "działać" od 2012 roku. Porównując go do innych szlaków długodystansowych na świecie, a zwłaszcza do tych najbardziej popularnych jak: Appalacian Trail, Pacific Crest Trail czy Continental Divide Trail w USA, od razu widać, że tym razem mamy do pokonania nie fragment, a cały kraj. Początek szlaku znajduje się na północnym cyplu Wyspy Północnej przy latarni morskiej na Cape Reinga, a koniec na południowym cyplu Wyspy Południowej w Bluff. Właściwie cypel północny jest trochę dalej na wschód od Cape Reinga, ale wyjątkowa okolica,a przede wszystkim wygodna droga krajowa nr 1, zadecydowały o takim a nie innym początku tego szlaku. Co ciekawe szlak jest tak poprowadzony, że jedyny preferowany kierunek wędrówki biegnie właśnie z północy na południe. Trochę to chyba nie w porządku, bo wg mnie każdy szlak powinien być do przejścia w obu kierunkach:-(  Szlak posiada również własną stronę internetową, z której można pobrać mapy do wydruku bądź w formie aplikacji na telefon oraz przewodnik z niezbędnymi informacjami - https://www.teararoa.org.nz/. Poza tym strona ta jest szerokim kompendium wiedzy o samym szlaku jak i okolicach także warto się z nią zaznajomić wybierając się na Te Araroa. Profil na Facebook-u informuje natomiast o lokalnych utrudnieniach na szlaku jak i ma najświeższe wiadomości od samych wędrowców;-)

  
 Poprowadzenie szlaku przez cały kraj gwarantuje ogromną mozaikę krajobrazów. Od plaż przez naturalny busz, liczne pastwiska, centra miast i miasteczek, obszar wulkaniczny Tongariro,  po góry, których mnogość i różne ukształtowanie tylko dodaje adrenaliny tak niezbędnej do przejścia szlaku w całości:-) Przy okazji na Wyspie Północnej postarano się o takie jego poprowadzenie, aby pokazać turyście miejsca związane z historią kraju. Mijamy więc najstarszy budynek w Nowej Zelandii, miejsce podpisania Traktatu z Waitangi, tzw. stolicę gospodarczą czyli Auckland oraz stolicę konstytucyjną, Wellington. Miejsca potyczek i bitew podczas licznych wojen z lokalnymi plemionami Maorysów w II poł. XIX wieku oraz XX wieczne fortyfikacje w Devonport powstałe w obawie przed japońską inwazją podczas II Wojny Światowej. 
  
Wyspa Południowa natomiast to przede wszystkim góry, które jednych wędrowców wyłączają po pewnym czasie z dalszego kontynuowania szlaku, a innych jeszcze bardziej mobilizują do przejścia go. Spora część z nich zresztą przechodzi szlak jedynie tam rezygnując z odcinka na Wyspie Północnej - moim zdaniem niesłusznie:-( Bo skoro jest możliwość przejścia i poznania całego kraju to dlaczego z tego nie skorzystać;-)

A czego ja oczekiwałem wybierając się na ten szlak? Przede wszystkim wielkiej przygody i sprawdzenia siebie na tak długim dystansie. Do tej pory nie zdarzyło mi się być dłużej na wędrówce jak miesiąc, a tutaj czekało mnie co najmniej cztery miesiące wędrówki;-) Nie nastawiałem się z góry na finał, bo to już wielu zgubiło nie tylko na tym szlaku.  Nie mogłem się już doczekać kolejnej plaży, gdzie zaczynała się Te Araroa oraz atrakcji, których ogromna ilość czekała na mnie;-) Przy tak dużym ich nasyceniu monotonia na szlaku mi nie groziła. Ciekawy byłem legendarnej gościnności miejscowych, o której tyle się naczytałem w prasie podróżniczej. Podobnie chatek DOC czyli samoobsługowych schronów, których duże zagęszczenie miało się zacząć na Wyspie Południowej. No i samych turystów czy śmiałków, którzy odważyli się ruszyć na drugi koniec świata i rozpocząć wędrówkę przez Nową Zelandię:-) To wszystko czekało na mnie już na miejscu, a mając prawie 6 miesięcy do dyspozycji czasu było aż nadto. Także ze spokojną głową ruszyłem z domu w kierunku Katowic skąd pociągiem udałem się do Warszawy na lotnisko Okęcie.





 

niedziela, 16 października 2016


Szlak zielony: Bielsko-Biała - Czechowice-Dziedzice.
Czyli dwie kropki i jeszcze jedna w razie czego:-)

Sobota 15 października 2016 r

Zaraz po powrocie z wybrzeża trzeba było się jakoś wyspać:-) Mail od Agnieszki o planowanej wycieczce z Bielska_Białej do Czechowic-Dziedzic i to już w sobotę, czyli następnego dnia, jednak kazał odłożyć porządny sen na później:-( Tradycyjnie już 5 rano pobudka i szybkie śniadanie a potem spacerek wybudzeniowy na stację w Tychach Żwakowie:-) Pociąg miał drobne ale dopuszczalne opóźnienie i tak o 7:40 dotarłem do Bielska-Białej. Szlak zielony miał się zaczynać gdzieś koło dworca PKP, ale nadzwyczaj wyraźne oznakowanie kierowało mnie w kierunku dworca PKS:-) A kropki ani śladu:-( Wreszcie metodą prób i błędów znalazłem ją na pobliskim słupie oświetleniowym pod przejściem nad ulicą 3 maja:-)

Teraz już tylko pozostało czekać na Leśną aż ta zjawi się planowo ok. 7:50 na dworcu PKS. Nagle wpada Agnieszka na przejście nad ulicą i gna ile sił w kierunku dworca kolejowego:-) Z trudem udaje mi się ją dogonić i skierować na właściwy kierunek czyli do początku szlaku:-) Potem obowiązkowa sesja zdjęciowa "przy słupie", która wyraźnie zainteresowała małżeństwo z zaparkowanego obok samochodu:-) Po wyjaśnieniu całej sytuacji pora była ruszać dalej do centrum miasta. 


















Klucząc ulicami Bielska kierowaliśmy się ku jego sercu czyli Rynkowi wcześniej mijając fontannę oraz Zamek Sułkowskich.






















































W rynku zaszły duże zmiany od mojego ostatniego pobytu. Kamienice ładnie odmalowane i wyremontowane:-) Postarano się nawet "załatać" dziurę po zawalonej kamienicy na początku tego wieku! Ogólnie wszystko dookoła pięknieje, ale wciąż wiele pozostaje do zrobienia. My tymczasem robimy sobie foty przy pobliskiej figurze Jana Nepomucena, który natychmiast budzi moje skojarzenia z browarem craftowym o tej samej nazwie:-)






















































Na szczęście nie koniec to skojarzeń z moim ulubionym napojem, bo tuż za Rynkiem pojawia się ulica Piwowarska:-) Głodnemu zawsze chleb na myśli, a mnie od razu przychodzi ochota na piwo! Ale nie wypada tak zaczynać dnia zwłaszcza, że pewnie jeden kufel rozłożył by mnie na łopatki:-( Oczy mi się po prostu zamykały, ale nie dałem tego poznać po sobie;-)

Kierując się dalej w kierunku Starego Bielska co rusz mijamy liczne kościoły: filialny Św. Trójcy i Zespół Kościoła Ewangelickiego tuż przy Grodzisku.


















Obchodzimy Grodzisko szlakiem dookoła, a Agnieszka błyska wiedzą o historii Bielska i okolic czym trochę mnie zaskoczyła, bo to raczej ja chciałem co nieco powiedzieć o okolicy - w końcu ma się tego przewodnika:-) Ale swoje "wywody" postanowiłem zostawić na dalszy odcinek szlaku kiedy miały się otworzyć widoki na trzy grupy Beskidów! My tymczasem zbliżaliśmy się do Starego Bielska z przepięknie usytuowanym zabytkowym kościołem Św. Stanisława biskupa. Tutaj chwilę pobyliśmy na pobliskim cmentarzu, gdzie nawet odnalazłem swojsko brzmiące nazwisko, ale niestety nikogo z moich krewnych. Po prostu przypadkowa zbieżność nazwisk. Kuzynostwo ze strony ojca i mamy jest rozsiane po różnych częściach tego miasta, ale w Starym Bielsku nie mamy nikogo:-(


























































































Dalej szlak zmienił bieg do tego co miałem na mapie:-( Wszystko w związku z postawieniem w 2001 roku Krzyża Trzeciego Tysiąclecia na górze Trzy Lipki (391m) na Pogórzu Śląskim:-) Im wyżej tym piękniejsze otwierały się przed Nami widoki. Pogórze Śląskie przed nami, a na południe trzy grupy Beskidów: Mały po lewej, Żywiecki z Pilskiem i Romanką pośrodku i Śląski z Pasmem Klimczoka i Błatnią po prawej:-) Prawdziwa uczta dla oczu zwłaszcza, że pogoda dopisywała:-) Postanawiamy się zatrzymać pod krzyżem millenijnym gdzie ustawiono nawet kilka ławek. Szybki popas oraz sesja zdjęciowa i tajemnicza trzecia kropka na naszym szlaku, która nie wiadomo dlaczego tu jest?












































































































Opuszczamy widokowe wzgórze i udajemy się dalej na północ po drodze przekraczając górą Drogę Krajową nr 1. Od razu przypomina mi się moja sierpniowa eskapada z Rajbrotu do Tarnowa również zielonym szlakiem i również z przejściem, ale wtedy nad autostradą:-) Cieszymy się jak dzieci na dalszą część szlaku, ale już za wiaduktem czar pryska i zaczynają się problemy z nawigacją:-( Przedzieramy się przez chwilę niepotrzebnie przez jakiś leśny zagajnik - przynajmniej są jakieś dzikie fotki - a szlaku ani widu:-( Wychodzimy znowu na drogę i kierujemy się na zachód konfrontując ze sobą wszystkie mapy jakie posiadamy. Wreszcie udaje się znaleźć jakieś ledwo widoczne stare znaki. Uff.














































































































Wkrótce i te stare oznakowania się tracą a czas leci:-( Leśna wciąż myślami przy obiedzie, który będzie na nią czekał po powrocie do domu, a tu d... Nie mamy żadnego pomysłu na wyjście z tego "rosołu". Postanawiamy kierować się potoczkami może to coś pomoże, ale tu również porażka:-( Wracamy na szosę i po jakiś 200 metrach trafiają się kolejne stare znaki na słupie:-) SUKCES!!! Niestety tylko na chwilę:-( Po chwilowym opanowaniu sytuacji i dojściu za znakami do stawów hodowlanych szlak ponownie się traci:-( W międzyczasie chwilowy postój "aż emocje już opadną", z którego korzysta Agnieszka, a ja postanawiam postać, bo jak usiądę to zaraz zasnę:-)





























































































































Intelektualnie "zamuliło" nas nad tymi stawami tak, że ciężko było znaleźć wyjście z tego impasu:-( Dosłownie zero pomysłów! Postanawiam się ruszyć w kierunku zachodnim i poszukać tego "niewidzialnego" szlaku, ale oczywiście na nic nie trafiam:-( Szybka decyzja co robimy dalej i w końcu "wspólnym wysiłkiem" przez najbardziej eksponowany stromy odcinek udajemy się na północ w kierunku drogi, którą co dopiero przejechał jakiś samochód. Po dotarciu do pierwszych domostw otrzymujemy od napotkanego człowieka garść informacji gdzie się obecnie znajdujemy:-) Mapa w jego smartfonie wszystko wyjaśnia:-) No po prostu mnie przynajmniej - nie wiem jak koleżance - było co najmniej głupio:-( Zwłaszcza biorąc pod uwagę Nasze wykształcenie:-( Taka poracha! Po nakierowaniu nas na "dobre tory" dziękujemy za pomoc i udajemy się dalej na górę. Przynajmniej mamy jakieś widoki na tym skrócie:-) Na skrzyżowaniu kierujemy się na dół gdzie definitywnie opuszczamy Pogórze Śląskie a przed nami otwiera się niemal płaska Kotlina Oświęcimska:-) Widać nawet moje miasto!



























































































Po dotarciu na "niziny" od razu znajdujemy ten znikający szlak! Agnieszka decyduje się na kolejny postój w celu "ostudzenia" emocji i relaksu przy herbacie i ciastku:-) Ja konsekwentnie "dziękuję postoję", ale dostąpił mnie zaszczyt spróbowania ciasteczek z nowozelandzkiego przepisu, które nie każdy ma prawo skosztować:-) Moich rogalików też wypada po kilka sztuk na głowę:-) Szlak już teraz bez niespodzianek kierował się wzdłuż rzeczki, którą wkrótce dotarliśmy w okolice wsi Ligota:-)









































































W końcu wychodzimy na jakąś asfaltową szosę i dalej za słabymi oznakowaniami kierujemy się konsekwentnie na północ. Dotychczasowe doświadczenia z tym szlakiem wyostrzają Nasze zmysły do granic możliwości i każde napotkane znaki rozkładamy na "czynniki pierwsze" zwłaszcza kiedy jest kilka dróg w okolicy do wyboru:-) Na szczęście już bez większych kłopotów docieramy w pobliże stawów hodowlanych po drodze płosząc kilka saren:-)




















Zrobiło się na tyle ciepło, że postanawiam iść dalej w krótkim rękawku:-) Jeszcze tylko drobne odejście od szlaku i już byliśmy na szosie przed Zabrzegiem. Czyli do końca pozostało już na prawdę mało:-) Rozmowa wreszcie zaczyna schodzić na przyjemniejsze tematy, bo ciągłe poszukiwania szlaku za Mazańcowicami prawie wytrąciły Nas z równowagi. Jeszcze tylko mostek na Iłownicy i Zabrzeg wita:-) Od napotkanych miłych mieszkańców Agnieszka otrzymuję wodę i to butelkowaną, a ja dowiaduje się co nieco o jakości wody z Jeziora Goczałkowickiego dla GOP-u - mnie przynajmniej smakuje:-)





































Mijając wiadukt kolejowy kierujemy się ku kościołowi, gdzie Leśna zarządza ostatni odpoczynek na dzisiejszej wycieczce:-) Ja konsekwentnie dziękuję prawie już zasypiając na stojąco:-( Do mety szlaku już blisko i bez niespodzianek nawigujemy się wzdłuż licznych pól i łąk;-p






















































Wkrótce wychodzimy na wał przeciwpowodziowy, którym przez spory odcinek wędrujemy schodząc w końcu do przejazdu kolejowego. Miałem już ja swoją ulicę w dzisiejszym dniu to i Agnieszce się należało:-) Obowiązkowa fotka przy ulicy Leśnej chyba wejdzie do kanonu wycieczek z jej udziałem:-) A następnie "na bezczelnego" i co najmniej niezgodnie z przepisami przekraczamy trasę szybkiego ruchu kierując się w stronę ulicy Kolejowej. Sorry takie mamy szlaki:-)












































































































Jesteśmy już w Czechowicach-Dziedzicach i tym bardziej ochoczo nogi prowadzą Nas żwawiej w kierunku dworca PKP i mety naszej dzisiejszej wędrówki:-) Pomykając ulicami miasta w końcu znajdujemy kropkę, do której od razu biegnie Agnieszka przyklepując niejako dzisiejszy etap:-) To już trzecia kropka napotkana przez Nas dzisiaj, ale ocena szlaku, a właściwie jego słabego oznakowania za Mazańcowicami na pewno na 3 nie zasługuje! Tym razem szczęście Nam dopisuje, bo za kilka minut mamy pociąg do Bielska Białej, gdzie na miejscu równie szybko Agnieszka łapie busa do Cieszyna:-) Nie tak sobie wyobrażałem pożegnanie na prawie rok, no ale skoro obiad wygrywa z Nową Zelandią to cóż mi innego zostało jak tylko wrócić do domu i jeszcze raz posprawdzać czy wszystko mam spakowane:-( 


Podsumowując przeszliśmy razem 32 km według tabliczki na mecie szlaku w Czechowicach-Dziedzicach albo 28,6 km jeśli weźmiemy dane zebrane przez Leśną. W każdym bądź razie sporo:-) Ja korzystałem z map: "Bielsko-Biała" PPWK plan miasta i centrum oraz "Tychy Pszczyna i okolice dla aktywnych" Galileos. O ile pogoda dopisała i pierwszy raz w październiku wyszedłem w krótkim rękawku w teren, to już zawirowania związane z marnym oznakowaniem szlaku za Mazańcowicami i niepotrzebny "kwas" wprowadziły stres i chaos do tej wycieczki:-( Jeśli dodać do tego dwa trudne charaktery, z których każde mocno obstaje przy swoim, to do wybuchu niewiele trzeba:-) Na szczęście obyło się bez ofiar, a wszystkie animozje jak szybko się pojawiły tak i szybko zniknęły na mecie szlaku w Czechowicach-Dziedzicach:-) Ogólnie wrażenia bardzo pozytywne, a niektóre sytuacje dały mi mocno do myślenia. Odwieczne pytania "po co" lub "czy warto" nabrały sensu i otworzyły mi szerzej oczy. Ale wnioski zachowam dla siebie:-)  Dzięki Agnieszka za zaproszenie na wycieczkę i do zobaczenia za rok!!!:-);-);-)