piątek, 26 stycznia 2018

Zimowy Mały Szlak Beskidzki z wątkiem nowozelandzkim:-)

 Mały Szlak Beskidzki nazywany jest czasem mniejszym bratem Głównego Szlaku Beskidzkiego. Z pewnością pod względem długości takie porównanie ma sens, ale myślę, że trzeba ten szlak traktować jako ciekawą alternatywę dla GSB choćby ze względu na pasma górskie, przez które on prowadzi czyli Beskid Mały, Makowski i Wyspowy. Poza tym nie jest on też drugim najdłuższym w naszych Karpatach, bo tu "królują" trzy inne szlaki koloru niebieskiego.

Więc dla mnie osobiście jest to ciekawa trasa prowadząca przez trochę mniej uczęszczane pasma Beskidów, a kolor czerwony dodaje temu wszystkiemu ciekawej oprawy:-) Szlak zaczyna się nieopodal kościoła w Bielsku-Białej Straconce, a kończy na szczycie Lubonia Wielkiego. Oficjalna jego długość wynosi 137km, co w przełożeniu na czas przejścia powinno zająć 4-5 dni.

Nie było to moje pierwsze spotkanie z tym szlakiem, bo wcześniej wiele razy pokonywałem jego fragmenty w Beskidzie Małym czy Wyspowym. W całości udało mi się go przejść w listopadzie 2015 roku kiedy to już myślami byłem na innym długodystansowym szlaku, który miałem w planie na jesień 2016 roku.

Z początkiem tego roku postanowiłem wrócić na MSB zimą. Wcześniej miałem się sprawdzić na szlakach Beskidu Wyspowego, Gorców i Beskidu Sądeckiego podczas wycieczki organizowanej przez Agnieszkę. Niestety "sprawy służbowe" pokrzyżowały mi wtedy plany więc ostatecznie znalazłem się w innej części Karpat:-( 

Natychmiast po powrocie spakowałem plecak i wyczekiwałem najlepszego momentu na wyjazd. Prognozy pogody zapowiadały powrót mrozów co, w połączeniu z brakiem większego śniegu w górach, gwarantowało w miarę komfortowe warunki na szlaku:-)

W sobotę 13 stycznia wcześnie rano wyjechałem pociągiem relacji Katowice - Żywiec i wysiadłem w Bielsku-Białej Leszczynach. Kilkukilometrowy spacer do Straconki zbiegł się w czasie ze wschodem słońca, a na miejscu byłem kwadrans przed 8 rano:-)

  
Czuć było lekki przymrozek, ale śniegu było niewiele. Pobliski sklep był już otwarty więc zrobiłem drobne zakupy, a pierwszy dłuższy przystanek zaplanowałem sobie w schronisku na Hrobaczej Łące:-) Początkowo szlak biegł ulicą wzdłuż domów, na końcu której wreszcie znalazłem się w lesie.


Sobota miała być pochmurna i taka niestety była:-( Pocieszało mnie jedynie to, że nie będę musiał taplać się w błocie, bo mróz zdarzył wszystko zmrozić na kamień:-) Po krótkim podejściu na Czupel dalsza trasa wiodła już wygodną drogą leśną, a nieopodal Gaików otworzył się nawet widok na Bielsko-Białą.


Tuż przed Gaikami do mojego szlaku dołączył niebieski z Lipnika Górnego, ale po chwili odbił w kierunku Magurki Wilkowickiej. A kolejny zielony miał tu swój początek skąd biegł aż do Suchej Beskidzkiej! Byłem już powyżej 800 m.n.p.m. i okoliczne świerki i buki pokrywała malownicza szadź:-)


Za szczytem Groniczek szlak obniżał się ku Przełęczy U Panienki skąd już całkiem blisko było do mojego pierwszego przystanku na trasie. Samą kapliczkę na przełęczy niedawno odnowiono, a do mojego szlaku dołączyły kolejne dwa: czarny i żółty. Była tak wczesna pora, że jeszcze nikogo nie spotkałem po drodze.


Tuż przed szczytem Hrobaczej Łąki zszedłem szlakiem żółtym do pobliskiego schroniska. Było ono świeżo po odbudowie po pożarze jaki miał tu miejsce na początku 2017 roku. Postanowiłem trochę odsapnąć, a w międzyczasie zjeść coś na ciepło:-)


Czekało mnie teraz zejście do zapory wodnej w Porąbce. Krzyż millenijny na szczycie tonął w chmurach, a im bliżej byłem miejscowości tym mniej było śniegu. Po ostatnich wichurach pełno było natomiast wiatrołomów, które skutecznie spowalniały mnie na trasie.


W Porąbce widoki ograniczały się jedynie do tafli Jeziora Międzybrodzkiego i okolicznych gór, których szczyty tonęły już w chmurach:-( Mnie czekał z kolei spacer drogą asfaltową wśród licznych domków letniskowych, a potem strome podejście pod górę Żar!


Zaczęło się mozolne podejście:-( Już na samym początku dało się zauważyć brak eksponowanego progu skalnego, który był niejako wizytówką tego odcinka. Niestety razem z postępującą wycinką okolicznych drzew zadbano i o "udrożnienie" tego fragmentu szlaku:-( Szkoda. Zza chmur co jakiś czas przebijały się promienie słońca, a ja już nie mogłem się doczekać ławek w połowie drogi na Żar:-)


Chwila odpoczynku na ławce "pod napięciem" była zbawienna i nawet brzęczenie linii wysokiego napięcia mi nie przeszkadzało:-) Ostatnie podejście było już na luzie i spotkałem też pierwszych turystów! Na górze obowiązkowo trzeba było napić się zimnego ciemnego piwa, a pobliski piecyk wysuszył w międzyczasie moją kurtkę.


Ośrodek narciarski na górze wykorzystywał niskie temperatury do produkcji śniegu i armatki pracowały na pełnych obrotach! Kolejka linowo-terenowa działała, ale ludzi nie było specjalnie dużo. Chmury i tu zaległy bardzo nisko więc ledwo udało mi się uchwycić taflę górnego zbiornika wodnego Elektrowni Szczytowo-Pompowej Żar. Potem już tylko pozostał spacer na sąsiednią górę Kiczerę:-)


Tam też odpocząłem chwilkę pod wiatą, gdzie swego czasu nocowali znajomi z turystycznych eskapad:-) Też chyba zaskoczył ich wtedy śnieg, ale mrozu chyba nie mieli. Szadź oraz nisko zalegające chmury stworzyły przepiękną scenerię, a wokół wiaty dało się zauważyć kilka nowych ławek oraz nawet ruszt nad paleniskiem! Miejsce to zatem będę musiał jeszcze odwiedzić wiosną wraz z zapasem kiełbasek:-)


Strome zejście na Przełęcz Isepnicką trwało na szczęście krótko, a ostatnie większe podejście tego dnia na Kocierz odbywało się już przy zapadającym zmroku. Po drodze były resztki kamiennego szałasu oraz fragmentaryczne widoki na górny zbiornik na górze Żar.


Gdy tylko znalazłem się na Przełęczy Kocierskiej szybko wyjąłem czołówkę i ruszyłem w kierunku Potrójnej. Zapadające ciemności coraz bardziej ograniczały widoczność, a w oddali dało się słyszeć krzyki jakiejś większej młodzieżowej grupy. Po chwili okazało się, że to większa "paczka" ale górników z Orzesza, którzy kilka razy w roku spotykają się w różnych częściach Beskidów:-)


Z wieloma przystankami po drodze i po "uzupełnieniu brakujących procentów", wreszcie niedługo po 7 wieczorem stawiliśmy się w Chatce pod szczytem Potrójnej.  Ciekaw byłem czy dalej będzie w niej zdjęcie latarni morskiej na Cape Reinga, które dodatkowo utwierdziło mnie w słuszności porzucenia dotychczasowego trybu życia i wyjazdu na pół roku do Nowej Zelandii:-)

Zdjęcie było, a i to samo łóżko co poprzednio było wolne więc po ponad dwóch latach historia zatoczyła koło: listopad 2015 Chatka na Potrójnej - październik 2016 - kwiecień 2017 Nowa Zelandia - styczeń 2018 Chatka na Potrójnej:-)


I moja fotka wykonana mniej więcej z tego samego miejsca 23 października 2016 roku:-)

Na dole tymczasem trwała impreza, podczas której starałem się mocno ograniczać "procentowo" w związku z czekającym mnie dalszym odcinkiem szlaku:-) Królowała normalna muzyka z mocnym akcentem bieszczadzkim, a najbardziej popularną turystką w chatce była chyba - "Dżoana":-)

W chatce było przyjemnie ciepło, a na zewnątrz był kilkunastostopniowy mróz, co w połączeniu z gwieździstym niebem zapowiadało piękny wschód słońca następnego dnia:-)


Zgodnie z prognozami rankiem był piękny wschód słońca:-) Z tarasu chatki udało mi się uchwycić pasmo Babiej Góry oraz słabo widoczne Tatry! Mróz był na tyle duży, że już nie miałem ochoty wybierać się na szczyt. Szybko pośród okolicznych domostw przemieściłem się na dalszy odcinek mojego szlaku i ruszyłem w kierunku Leskowca.


Do kolejnego schroniska szlak miał być łatwy i przyjemny, co przy lekkim mrozie i niemal bezchmurnym niebie gwarantowało moc widoków oraz plenery do zdjęć:-) Na Czarnym Groniu przy kolejce krzesełkowej naśnieżanie stoków szło w najlepsze, a mnie czekało krótkie podejście na Madohorę.



Pod Łamaną Skałą minąłem skrzyżowanie szlaków, które również niejako przywołało wątek nowozelandzki. W maju 2016 roku gnałem stąd bowiem dalej za znakami zielonymi na spotkanie z pierwszą polską "pogromczynią" szlaku Te Araroa:-) Zaskoczenie było zupełne, ale podczas krótkiej wtedy rozmowy udało mi się co nieco dowiedzieć o samym szlaku i nie tylko:-p

Tymczasem zbliżałem się do szczytu Leskowca, z którego jednak panoramę przesłaniały kłęby chmur dźwigające się znad dolin:-( Na szczęście nie zdążyły one jeszcze przesłonić szczytu i mogłem cieszyć się słońcem, a napotkani rowerzyści "strzelili" mi fotkę przy szlakowskazie:-)


Do schroniska było już niedaleko i tam też postanowiłem zjeść coś ciepłego. Na pierwszy rzut poszła fasolka po bretońsku, którą tradycyjnie "popchnąłem" zimnym piwem:-) Musiałem się sprężyć bo do kolejnego planowanego noclegu miałem jeszcze szmat drogi.



Posilony ruszyłem więc na dół w kierunku Krzeszowa. Im bardziej się obniżałem tym mniej było śniegu. Okoliczne łąki były ledwie pobielone, ale to tylko przez to, że mróz w nocy był konkretny:-) Charakterystyczna zabytkowa kapliczka znajdowała się na skraju łąki przed wsią, w której zakupiłem kilka batoników i banany. Czekało mnie teraz krótkie, ale konkretne podejście pod Żurawnicę.


Widoki ograniczały się jedynie do dolin z okolicznymi wsiami, bo Leskowiec i cały grzbiet Beskidu Małego skutecznie zasłaniały chmury:-( Tuż przed samą Żurawnicą pokazały się za to duże wychodnie skalne, które miały mi towarzyszyć przez najbliższe kilkaset metrów.



Malowniczy przysiółek Carchel na przełęczy o tej samej nazwie ilekroć tu jestem zmienia się. Tym razem również "przybył" nowy domek letniskowy i mogę mieć tylko nadzieję, że za wiele lat ta piękna polana nie zostanie całkiem zabudowana, bo widoki są z niej przepiękne, a i miejsce nieopodal kapliczki pozwala nabrać sił przed dalszymi trudami trasy.


Na pobliskiej Gołuszkowej mój szlak definitywnie rozstał się ze szlakiem zielonym i czekało mnie już tylko zejście do Zembrzyc:-) Śniegu na okolicznych łąkach nie było już wcale, ale za to otworzyły się widoki na kolejną grupę górską na mojej trasie, a mianowicie Beskid Makowski! W dole widać było świeżo napełniony zbiornik wodny w Świnnej Porębie oraz nowy odcinek linii kolejowej z kilku-przęsłowym mostem.


W przysiółku Żmije oryginalna figurka żebraka, nazwana przez kolegę "Yatzkiem na emeryturze", niestety została pozbawiona jednej z żebrzących dłoni:( Widocznie musiała być pełna pieniędzy skoro ktoś się na nią połakomił? 


Za kolejnym przysiółkiem Koźle otworzył się widok na górę Chełm, gdzie jeszcze tego samego dnia zamierzałem się dostać na nocleg. Zejście do Zembrzyc było łagodne, a od ostatnich domów osiedla Grygle szlak wiódł już asfaltem. Opuściłem Beskid Mały i znalazłem się w Beskidzie Makowskim!


Asfalt ten miał mi towarzyszyć aż do Marcówki, gdzie już przy światłach czołówki przyszło mi pokonywać ostatnie kilometry na szczyt Chełmu i dalej do Ośrodka Wczasowo-Rekolekcyjnego usytuowanego pod jego szczytem. Po drodze wreszcie znalazłem kapliczkę z figurką św. Onufrego, której na poprzednim moim przejściu MSB w listopadzie 2015 również przy sztucznym świetle nie namierzyliśmy:-)


Teraz pozostało mi znalezienie nikłej drogi odchodzącej w lewo od szlaku, która miała mnie już doprowadzić do miejsca noclegu. Na szczęście ostatnio poprowadzono tu szlak Nordic Walking, który już bezbłędnie kierował mnie do Ośrodka Wczasowo-Rekolekcyjnego pod Chełmem:-) Już pod sam koniec zaczęło mi przygasać światło czołówki, ale oświetlona alejka prowadząca przez cały teren ośrodka załatwiła sprawę.


Z poprzedniego przejścia MSB wiedziałem, że biuro gdzie można spytać o nocleg znajduje się w dolnej części kompleksu i tam też się udałem. Na miejscu podjęto mnie dwudaniowym obiadem, a potem bus wywiózł mnie z powrotem na górę, gdzie na parterze dużego budynku dostałem swój pokój:-)


Ciepły grzejnik od razu zajęły mokre ciuchy, a ja ruszyłem pod prysznic:-) Pobudka następnego dnia była już tradycyjnie o 6 rano, a i planowany dystans do pokonania wyglądał konkretnie. W planie było dojście aż do schroniska na Kudłaczach! Mróz nie odpuszczał więc mimo niewyspania czułem się na tyle pobudzony, że ruszyłem jeszcze przed wschodem słońca:-)


Ścieżką Nordic Walking dotarłem wkrótce do mojego czerwonego szlaku i od oryginalnej drewnianej kapliczki dalej kontynuowałem marsz wygodną i szeroką drogą leśną. Tuż za Chełmem Wschodnim na skraju polany pojawił się dorodny jeleń, a po chwili następny. Mimo niewielkiej odległości ode mnie nie spłoszyły się i mogłem je sfotografować:-)


Słońce wyszło zza gór, ale widoki były mocno ograniczone. Udało mi się dostrzec kontury Babiej Góry i Policy, ale na pierwszym planie dominowała Koskowa Góra z charakterystycznym masztem telefonii komórkowej! Droga do Palczy prowadziła naprzemiennie asfaltem i lasem, a mróz na tyle skutecznie skuł podłoże, że potężne koleiny po quadach nie groziły kąpielą w błocie:-)


W Palczy, ostatniej wsi przed Myślenicami, byłem bardzo wcześnie. Na drugie śniadanie miałem jeszcze co nieco w plecaku, ale zaplanowałem je dopiero na Bieńkowskiej Górze:-) Po przejściu przez szosę zaczęło się podejście na Pasmo Babicy.


Powyżej ostatnich domów do mojego szlaku dołączył znany mi już niebieski z Brzeźnicy do Kacwina:-) Był to pierwszy ze szlaków, który przeszedłem w ramach przygotowań do wyjazdu na Te Araroa i również pierwszy górski, który opisałem na moim blogu. Wróciły wspomnienia więc i na drugie śniadanie zatrzymałem się w szałasie pod Babicą, gdzie wtedy wypadł mi pierwszy nocleg:-)


Nic się tu nie zmieniło tylko pora dnia i roku była teraz trochę mniej odpowiednia na rozbijanie się tu na nocleg:-) Po śniadanku ruszyłem dalej i aż do samych Myślenic miał być to jeden z bardziej monotonnych odcinków na całym MSB:-( Śnieg pojawił się tylko na Babicy a poza tym warunki przypominały bardziej późną jesień.


Kaplica św Huberta była kolejnym punktem na szlaku, który ułatwił mi ustalenie mojej aktulanej pozycji na mapie:-) Za ostatnimi domostwami Jamrozówki na stokach Trzebuńskiej Góry był już tylko las. 


Od skrzyżowania ze szlakiem zielonym ze Stróży, do Myślenic było już całkiem blisko:-) Przy kaplicy św Mikołaja spotkałem pierwszych tego dnia turystów, a tuż poniżej otworzył się piękny widok na miasto! Oryginalny termometr przybity do drzewa pokazywał -3 stopnie mrozu:-)


W drodze do miasta minąłem lipę, która kiedyś górowała nad okolicznym krajobrazem. Niestety od lata 2015 roku został tylko fragment jej pnia:-( Wichura przewróciła mocno już wtedy nadwątlone drzewo. W mieście zaplanowałem drobne zakupy i trzeba było się spieszyć żeby jeszcze przy ostatnich promieniach słońca zacząć podejście na Uklejną.


Jak tylko znalazłem się w lesie słońce zniknęło z horyzontu i z każdym krokiem było coraz ciemniej:-( Dalsza trasa przy świetle czołówki miała trwać ponad 3 godziny i mimo nowych baterii nie byłem do końca pewny czy wystarczą one do oświetlenia mi reszty szlaku do Kudłaczy. Gdy pojawiły się znaki zielone oznaczało to dla mnie jeszcze nieco ponad godzinny marsz w ciemnościach.


W końcu tuż przed 7 wieczorem byłem na miejscu! Poprosiłem o nocleg w nowej części schroniska i czym prędzej ruszyłem pod prysznic. Mokre jak zwykle ciuchy zajęły miejsce na grzejniku, a po kolacji uderzyłem w kimę. Najdłuższy jak dotąd odcinek MSB mimo zimy i krótkiego dnia udało mi się przejść zgodnie z planem:-)


W nocy zaczęło mocno wiać, a na następny dzień zapowiadane były kolejne wichury:-( Dodatkowo miały być też opady śniegu, co nie wróżyło dobrych warunków na reszcie szlaku jaki miałem jeszcze do pokonania. W planie było dojście na Luboń Wielki i zakończenie przejścia Małego Szlaku Beskidzkiego więc z samego rana skoro świt ruszyłem dalej:-)


Droga na najwyższy szczyt Beskidu Makowskiego była przyjemna, ale od zachodu zaczęły nadciągać kolejne ciemne chmury, a wiatr się wzmagał. Dopóki szedłem wschodnią częścią grzbietu to było całkiem przyjemnie, ale jak tylko znalazłem się na nim to wiatr od razu uderzał z całą siłą:-(

Tuż przed Lubomirem postanowiłem zejść na polanę po wschodniej stronie, z której roztaczał się piękny widok na Ciecień i Grodzisko i szeroką dolinę przed nimi z Wiśniową i Poznachowicami:-) Były to ostatnie większe szczyty, bo za nimi rozciągało się już Pogórze Wiśnickie i fragmenty Rożnowskiego. 


Na samym Lubomirze byłem kwadrans później:-) Na najwyższym szczycie Beskidu Makowskiego wciąż widoczne były ruiny przedwojennego obserwatorium astronomicznego, z którego wtedy odkryto dwie komety! Nieopodal zrekonstruowano budynek jaki stał w tym miejscu jeszcze przed wojną, a poniżej zbudowano nowoczesne obserwatorium astronomiczne im. Tadeusza Banachiewicza. 


Odpocząłem chwilkę i zszedłem ku Przełęczy Jaworzyce. Po drodze minąłem nowy Gościniec pod Lubomirem poniżej którego otworzył się przepiękny widok na Beskid Wyspowy ze Śnieżnicą, Ćwilinem i Lubogoszczą na pierwszym planie:-)


Za przełęczą znalazłem się już w Beskidzie Wyspowym, a pierwszym szczytem do zdobycia była Wierzbanowska Góra. Cały czas wiało, a mnie było coraz zimniej:-( Las nie dawał już żadnej ochrony przed wichurą, a tuż za szczytem zaczął jeszcze dodatkowo sypać śnieg.


Na dodatek w lesie pełno było wiatrołomów, które co rusz zmuszały mnie do coraz głębszego ich obchodzenia. W jednym miejscu straciłem bardzo dużo czasu, a na odcinku może 200m wyglądało jakby cały kwartał lasu nagle się przewrócił. Co ciekawe przewrócone były głównie świerki!


Do mojego szlaku wkrótce dołączyły znaki niebieskie i z nimi już minąłem mniejsze szczyty Szklarni i Dzielca. W międzyczasie dwa razy przekroczyłem szosę, a tuż przed Kasiną Wielką opuszczone gospodarstwo przed Dzielcem. 


Tuż za pierwszymi domostwami szlak wyprowadził mnie na drogę, którą już dotarłem do stacji kolejowej w Kasinie Wielkiej. Nieopodal działał w najlepsze ośrodek narciarski na stokach Śnieżnicy, a w samym budynku stacji mieściły się pokoje do wynajęcia:-) Przepięknie usytuowany budynek miał swoje 5 minut w filmie Stevena Spielberga "Lista Schindlera", a poza tym latem kursuje tu skład pociągu retro ze skansenu w Chabówce!


Nieopodal znajdował się mały cmentarz z okresu I wojny światowej, a przede mną otworzył się widok na kolejny "wyspowy" szczyt do zdobycia - Lubogoszcz. Było mi zimno, bo i wiatr solidnie mnie przewiał tego dnia więc po dotarciu szosą do miejsca gdzie szlak skręcał w las postanowiłem złapać busa do Rabki, a finałowy odcinek zrobić w dniu następnym:-)


Ilekroć wędruję jakimś dłuższym szlakiem w naszych Karpatach, to Rabka zawsze jest po drodze. Tak było w przypadku Głównego Szlaku Beskidzkiego czy szlaku niebieskiego z Brzeźnicy do Kacwina. A i tym razem również wypadało odwiedzić ciocię:-) Przy okazji zostawiłem u niej trochę moich "gratów" więc na finałowy odcinek ruszyłem na lekko.

Z samego rana podjechałem busem do Mszany Dolnej skąd po chwili odjeżdżał kolejny do Kasiny Wielkiej:-) Tuż przed 8 rano byłem już w miejscu gdzie wczoraj zakończyłem swoje przejście i ruszyłem w kierunku Lubogoszczy.

Warto odejść kawałek od szlaku na skraj Polany Mogiła i zobaczyć dosyć oryginalny pomnik z wieży dawnego czołgu Vickers typ E! Brał on udział w walkach wrześniowych 1939 roku w okolicach Kasiny, a po unieruchomieniu w wyniku awarii został porzucony, a potem po kawałku rozebrany przez okolicznych mieszkańców. Sama wieża wieńcząca teraz pomnik służyła przez wiele lat jako - obudowa studni!


Co najważniejsze przestało wiać, a przez noc napadało całkiem sporo świeżego śniegu więc szło się całkiem wygodnie i miękko:-) Im wyżej się znajdowałem tym więcej śniegu było dookoła. Sama trasa, mimo dość stromego podejścia pod Lubogoszcz, była bardzo przyjemna.


Zaczęło wyglądać słońce, a ja po chwili spędzonej na szczycie ruszyłem w kierunku Mszany Dolnej. Dzień zapowiadał się słonecznie więc lepszej pogody na finał nie mogłem sobie wyobrazić:-) Przez zachodni szczyt, a następnie Zapadliska dotarłem na pierwsze łąki podszczytowe skąd rozpościerał się przepiękny widok na Szczebel i Luboń Wielki!


Szczyt Lubonia Wielkiego, gdzie kończył się mój szlak, wydawał się być na wyciągnięcie ręki. Wciąż jednak dzieliło mnie od niego ponad 10 kilometrów:-( W Mszanie Dolnej nawet nie zatrzymałem się na drugie śniadanie tylko od razu ruszyłem ku szosie na Przełęcz Glisne.


Na szczęście szlak po chwili schodził z szosy na pobliskie łąki skąd otworzył się przede mną jeszcze lepszy widok na Beskid Wyspowy! Kolejne "wyspy" czyli odosobnione szczyty Lubogoszczy, Śnieżnicy, Ćwilina, Mogielicy i Jasienia  przywołały u mnie wiele wspomnieć sprzed prawie 30-tu lat kiedy to stawiałem swoje pierwsze "górskie kroki" w tych górach:-)


Widokowy przystanek na "Złotych Wierchach" niejako z nazwy wypadało uczcić "złotym trunkiem", ale ten zostawiłem sobie na sam finał na Luboniu Wielkim:-) Szlak omijał szczyt Okrągłej i prowadził w kierunku kolejnej asfaltowej szosy, którą już wydostałem się do centrum Glisnego w pobliżu kościoła.


Czekał mnie jeszcze krótki spacer chodnikiem wzdłuż szosy i po kwadransie byłem już na przełęczy. Drogowskaz informował o jeszcze jednej godzinie marszu, co tym bardziej mi pasowało, bo jeszcze za dnia miałem szansę dostać się do Rabki:-)


Luboń Wielki był jak na wyciągnięcie ręki, ale czekało mnie najbardziej strome podejście na całej długości Małego Szlaku Beskidzkiego! Faktycznie finał po takiej stromiźnie powinien smakować lepiej:-) Od razu zauważyłem, że pod świeżą warstwą śniegu jest sporo lodu, przez który kilka razy o mało się nie wywróciłem. Miałem ze sobą raczki Campy kupione z myślą o wyjściu na Ruapehu w Nowej Zelandii. Ostatecznie ich tam nie zabrałem, a teraz były jak znalazł:-) Co za swoboda ruchów i komfort spacerowania po lodzie. Można by było w nich i po nim biec, ale ukształtowanie terenu raczej temu nie sprzyjało. Stromizna była konkretna, ale krótka więc niedługo po 2 popołudniu byłem już na ostatniej prostej do mety!


W końcu widzę kontury budynków stacji przekaźnikowej i pobliskiego schroniska na szczycie Lubonia Wielkiego! Jestem na mecie szlaku, a tuż obok platformy widokowej fotografuję się przy szlakowskazie z charakterystyczną kropką:-) Potem uwieczniam okoliczne "wyspy", które stąd prezentują się jeszcze ładniej. Do schroniska nie wchodzę, a "złoty trunek" wypijam na lekkim mrozie na zewnątrz:-)


Plan przejścia zimą ponad 130 kilometrowego Małego Szlaku Beskidzkiego mogłem uznać za zrealizowany! Jakkolwiek zima była taka sobie, to przynajmniej podczas mojej wędrówki był mróz oraz drobne opady śniegu:-) Całe przejście zajęło mi 5 dni i uważam, że mniej więcej tyle samo czasu powinno wystarczyć każdemu przeciętnemu piechurowi w miesiącach wiosenno-letnich.

Wróciły wspomnienia z pierwszego mojego przejścia tego szlaku w listopadzie 2015 roku, a plan zrealizowany potem, czyli Te Araroa zaspokoił moją ciekawość po zobaczeniu wtedy zdjęcia latarni morskiej na Cape Reinga w Chatce pod szczytem Potrójnej:-)

Wniosek mógł być tylko jeden - warto realizować swoje marzenia zwłaszcza jak daleki długodystansowy szlak co rusz przypominał o sobie:-)


Z Lubonia Wielkiego zszedłem do Rabki szlakiem zielonym, a następnie znaną mi drogą dojazdową do schroniska. Na miejscu byłem jeszcze przed zapadnięciem zmroku i po sytym obiedzie zacząłem się relaksować:-)

Podsumowanie:

Mały Szlak Beskidzki mogę śmiało polecić do przejścia o każdej porze roku. Na długości 137 km przemierza on Beskid Mały, Makowski i Wyspowy. Po drodze wiele jest schronisk oraz innych punktów noclegowych, co pozwala dowolnie ułożyć sobie dzienne dystanse do przejścia. Jedyny dłuższy odcinek bez tego typu udogodnień jest między Chełmem nad Zembrzycami a Myślenicami.

W miesiącach wiosenno-letnio-jesiennych można zabrać ze sobą namiot, bo miejsc na taki biwak jest po drodze mnóstwo. Tłumy turystów mogą nas zaskoczyć jedynie w rejonie schronisk na Leskowcu, Kudłaczach i Luboniu Wielkim. Poza tym szlak jest mało uczęszczany, a w Beskidzie Makowskim od Zembrzyc do Myślenic jest wręcz pusto. 

Do nawigacji wystarczą w zupełności dwie mapy Compassu: Beskid Mały i Beskid Makowski. Oznakowania szlaku są bardzo dobre i nigdzie nie powinno grozić nam zabłądzenie. 

Transport na początek szlaku zapewnia zarówno kolej jak i komunikacja miejska Bielska-Białej. Na trasie większymi węzłami komunikacyjnymi są Zembrzyce ( kolej i busy ) oraz Myślenice ( busy ) i Rabka-Zdrój ( kolej i busy ). 

Z zaopatrzeniem w żywność i wodę również nie ma większych problemów. Po trasie jest sporo sklepów m.in: w Straconce na początku szlaku, Krzeszowie, Zembrzycach, Myślenicach, Kasinie Wielkiej i Mszanie Dolnej.

Dla śmiałków przymierzających się do przejścia Głównego Szlaku Beskidzkiego mogę z kolei polecić Mały Szlak Beskidzki jako krótszy wariant dla sprawdzenia swojej kondycji przed tak długim marszem:-)

Na koniec nie pozostaje mi nic innego jak tylko polecić ten szlak wszystkim piechurom!












 

3 komentarze:

  1. Bardzo pieknie, wrecz bajkowo! Tylko szkoda tej zniszczonej wychodni skalnej. Gratuluje zimowego przejscia :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki:-) To był chyba najlepszy czas w styczniu na wyjście na MSB. Mróz i lekkie opady śniegu pod koniec szlaku + widoki w trakcie. Bo teraz to już pogoda jest bardziej niż beznadziejna:-(

      A wychodni skalnej pod Żarem faktycznie bardzo szkoda:-( Ale zostają jeszcze podobne formacje skalne pod Żurawnicą!

      Usuń
  2. Już nie prowadzisz bloga? Fajnie pisałeś, jeżeli zaprzestałeś to szkoda.

    OdpowiedzUsuń